Przeczytaj fragment

ZAMÓW W PRZEDSPRZEDAŻY

Patronat medialny

Inicjowaliśmy przygody. Nie mogliśmy się powstrzymać. Nie zamierzaliśmy pozwolić, by mizerne zasoby finansowe przeszkodziły nam w cieszeniu się cudami tego świata.

   Najpierw miała miejsce wspomniana już narciarska wyprawa do Mammoth Mountain.

   Spaliśmy zwinięci na pralce i suszarce w wilgotnej, zatęchłej suszarni obok podziemnego parkingu kompleksu mieszkalnego. Mimo parszywych warunków nic nie było w stanie ugasić naszego entuzjazmu wywołanego tą potężną górą, w cieniu której snuliśmy marzenia.

   Udaliśmy się do wypożyczalni sprzętu, żeby zdobyć dla mnie narty. Byłem uzbrojony w kartę kredytową matki, którą po uporczywym naleganiu zgodziła się udostępnić jedynie w celu wypożyczenia sprzętu narciarskiego. Ale kiedy chciałem zapłacić, obsługujący mnie facet stwierdził stanowczo, że muszę mieć dowód osobisty matki albo nic z tego nie będzie. Odparłem, że zaraz go przyniosę. Powiedziałem Anthony’emu o moim kłopocie. Podszedł do pewnej kobiety i spytał, czy może pożyczyć jej wielki różowy kombinezon narciarski, fiołkową czapkę i absurdalnie duże turkusowe okulary przeciwsłoneczne. Ekscentryczna pani zgodziła się i po chwili Anthony pojawił się w obszernej różowej kurtce, pod którą upchnął kilka par skarpet, mających za zadanie udawać piersi. Założył okulary i czapkę i wrócił ze mną do wypożyczalni. Siląc się na niedorzeczny brytyjski akcent, wysokim głosem rzucił: 

  – Dzień dobry, panu. Czy jest jakiś problem z wypożyczeniem nart mojemu synowi?

  – Żadnego, proszę pani, ale potrzebuję od pani jakiegoś dokumentu. 

Anthony sięgnął pełnym kobiecości ruchem do kieszeni kurtki, udając, że czegoś szuka. 

  – O rany! Chyba zostawiłam w drugiej kurtce! Rany boskie… – Westchnął z irytacją. – Młody człowieku, czy jest jakakolwiek szansa, żebym nie musiała znowu przedzierać się przez zimno i ten OKROPNY korek z powrotem do hotelu?

  – W porządku, proszę pani, ale tylko ten jeden raz. Byłbym wdzięczny, gdyby jutro miała pani przy sobie ten dokument.

   Niesamowite. Byłem świadkiem kilku wybitnych kreacji aktorskich, ale nigdy nie widziałem czegoś tak niesamowitego. Naćpany piętnastolatek udawał moją matkę – Brytyjkę – i przekonał służbistę z wypożyczalni, by wydał mi narty. Poczułem, że nie ma rzeczy niemożliwych. Całe dnie spędzaliśmy na stoku, doskonale się bawiąc, choć nie mieliśmy nawet strojów narciarskich. Jeździliśmy w jeansach i bluzach. Anthony umiał jeździć, więc zabierał mnie na wyższe partie stoku, a ja nie miałem pojęcia, co robię, więc co chwilę upadałem. W końcu po iluś podejściach powoli zacząłem sobie radzić.

   Czasami śmialiśmy się tak intensywnie, że nie byliśmy w stanie przestać. Wpadaliśmy w najprawdziwsze ataki rechotu, które staraliśmy się okiełznać. To mogło się zdarzyć absolutnie wszędzie. Zaczynaliśmy podśmiewać się z czegoś, zaglądaliśmy w głąb naszych dusz i nagle uchodziło z nas wszelkie ciśnienie. To była absolutna histeria – do tego stopnia, że leżałem na podłodze, na przykład w restauracji, zwijając się z bólu, niezdolny do głębszego oddechu i cały czerwony od niekontrolowanych spazmów wywołanych śmiechem. Przy mnie w takim samym stanie leżał Anthony, a zaniepokojeni ludzie przechodzili obok, przyspieszając kroku. Byliśmy jak nawiedzeni, całkowicie opętani napadami śmiechu, jakbyśmy dokonywali na sobie jakichś egzorcyzmów i wypędzali z organizmu złe demony. I tak w zasadzie było.

   W drodze powrotnej próbowałem ukraść wypożyczone narty, ale ktoś zauważył mnie na przystanku autobusowym i zadzwonił na policję. Złapano nas, ale udało nam się jakoś wykręcić. Oddaliśmy narty i wróciliśmy do domu. Jednak jakiś miesiąc później dostaliśmy wezwanie do sądu w sprawie o kradzież. Mieliśmy stawić się w Bridgeport. Nasi rodzice musieli jechać tam z nami sześć godzin. Rzecz jasna, nieszczególnie zachwyceni.

   Co ciekawe, w rzadkim przypływie ojcowskich uczuć Walter postanowił wykorzystać ten wyjazd, by zacieśnić rodzinne więzi. Razem z mamą uznali, że przyda mi się nieco rodzicielskiej opieki. Wyobrażam sobie ich rozmowę. „Chryste, czy ten dzieciak wyrasta na chuligana? Trzeba coś zrobić”. W trakcie podróży, zamiast się wściekać, Walter starał się poświęcać mi czas. Mówił, jak jeździć szybciej, niż pozwalają na to przepisy, i nie dać się złapać, rzucał kiepskimi dowcipami, a do tego jeszcze zatrzymaliśmy się na truskawkowego shake’a w Bobo’s Burger Bonanza w Bishop. Wizyta w sądzie, na którą założyłem wykrochmaloną białą koszulę i pokutny krawat, poszła szybko. Dostałem po łapach. A potem, zaskakując mnie swoją postawą jeszcze bardziej, Walter wyjął z bagażnika auta wędki i zaczął mówić o złowieniu pstrąga tęczowego na śniadanie. Żaden z nas nie miał pojęcia, co robić, ale i tak zatrzymaliśmy się na autostradzie i skierowaliśmy w stronę pola, żeby odnaleźć staw, nad którym przez godzinę próbowaliśmy wyplątać z krzaków naszą żyłkę. Rozebrałem się i wskoczyłem do lodowatej wody, zaśmiewając się i chlapiąc w stronę Waltera. Doceniałem jego starania.

   Latem AK i ja pojechaliśmy do Yosemite. Mieliśmy ze sobą odrobinę sprzętu: kilka menażek, parę toreb z jedzeniem i dwa śpiwory. Żadnych plecaków, butów do wędrówki i takich tam. Zdobyliśmy mapę i ruszyliśmy w dzicz. Pierwszego dnia doszliśmy do Yosemite Falls – ładne kilka kilometrów pod górę, w dodatku z torbami prowiantu w rękach. Gdy dotarliśmy na szczyt, zauważyła nas grupka miłych hipisów, którym zrobiło się nas żal. Poczęstowali nas arbuzem. Tamten arbuz jedzony w niesamowicie gorący dzień, gdy przed nami ze szczytu wodospadu rozpościerał się widok na piękny łańcuch górski Sierra Nevada, był najwspanialszym posiłkiem w moim życiu.

   Anthony i ja spaliśmy w dziczy przez pięć niesamowitych dni, rozpalaliśmy ogień, wędrowaliśmy długie kilometry, zachwycaliśmy się gwieździstymi nocami, paliliśmy trawę i czuliśmy, że żyjemy. Napisaliśmy też naszą pierwszą piosenkę, coś w rodzaju limeryku pełnego bezsensownych słów. Miała tytuł Himi Limi.

   Moje umiejętności posługiwania się mapą były dość skromne. Pewnego dnia, po długiej wędrówce, utknęliśmy w malutkim miejscu kempingowym na zboczu wzgórza. Poszedłem z menażkami w kierunku rzeki, żeby je napełnić. Odkręciłem zakrętki i położyłem na kamieniu, a następnie przycupnąłem, żeby nalać nieskazitelną rzeczną wodę, podekscytowany perspektywą napicia się. Niespodziewany przypływ sprawił, że poślizgnąłem się i zakrętka od menażki Anthony’ego wpadła do wody, stracona na zawsze. Wróciłem do naszego żałosnego obozowiska, przygnębiony zdarzeniem. Wyjaśniłem Anthony’emu, co się stało, i zaproponowałem, że oddam mu swoją menażkę. Wściekł się. Powiedział, że był pewny, że coś spieprzę, bo właśnie taki jestem – idiota, który niczego nie potrafi zrobić dobrze. Jego słowa mnie załamały. Nie odzywał się do mnie aż do następnego dnia. Ta cisza, gdy leżałem w swoim śpiworze i gapiłem się na gwiazdy, była ogromną karą, z powodu której czułem się fatalnie. W kolejnych latach podobne incydenty zdarzały się w naszej relacji jeszcze wielokrotnie. Ja potrzebowałem stabilnego wsparcia, a on stabilnej kontroli. Byłem niezwykle wrażliwy, przez co pragnąłem wręcz rodzinnej bliskości. Światło nie może istnieć bez ciemności. To mroczna strona naszej przyjaźni.

   Bez względu na to, czy toczyliśmy wielką oponę ciężarówki po stromym zboczu przy Palm Street i powodowaliśmy chaos, gdy zje¬chała na zatłoczony Santa Monica Boulevard, wchodziliśmy tyłem do kina, by przechytrzyć kasjerów, czy też wymykaliśmy się z Canter’s Delicatessen bez płacenia, ścigani przez kelnerów i sprzątaczy, nieustannie się nakręcaliśmy, a każdy kolejny przekręt i absurd zacieśniał więź między nami. Nasza zażyłość rosła w siłę przy okazji takich właśnie występków. Byliśmy sobie najbliżsi, gdy nic nie mieliśmy.

   Spędzaliśmy razem mnóstwo czasu, zaszywając się w naszym własnym świecie, do którego inni nie mieli wstępu. To była nasza świątynia.Więź stawała się coraz mocniejsza.

Zamów u wydawcy
Zamów na empik.com

Zamów książkę już teraz!

Fragment książki

"Flea. Acid for the Children. Wspomnienia legendarnego basisty Red Hot Chili Peppers"

ODLOTY